impostor blog

Twój nowy blog

Właśnie zostałem pozbawiony złudzeń! Wystarczyła chwila i jestem zmrożony. Koniec naiwności! Teraz kwestia zakończenia – będzie bolało, ale jakoś trzeba przeżyć. Nie wiem, jak to ograniczyć. Ja pierdolę, jak mogłem być tak naiwny i tak wszystko poświęcać. Budowanie życia na kłamstwie i nic więcej. A teraz odwróć to – ja pierdolę! Ręce jak z ołowiu, wcześniej też tak bywało, ale teraz to już rzeczywistość. Tylko on nic nie podejrzewa ale przez przypadek definitywnie określił się i naszą relację. Nie wiem, czy potrafię, nie wiem czy dam radę teraz wyeliminować go z mojego życia. Miałem okazję to spierdoliłem. Teraz to już będę zupełnie sam. Kurwa, i jeszcze zachowaj dobrą minę i baw się i pij i rozmawiaj, w sytuacji, w której nie umiem już nic zrobić. Zaraz przypierdolę, wyjebię wszystkim i wszystko i wyjdę w nocy na deszcz.

 

Kurwa!!!!!!!!!!!!!!! Boli.

Mija w zasadzie rok od poprzednich wpisów. Chciałbym przenieść zawartość całego bloga – mieć dostęp do wszystkich wpisów i nic nie zmieniać.

Kilka strat w ubiegłym roku. Kilka awantur w domu i ciągłe napięcie. Jeszcze więcej na mojej głowie. Utrata sił i radości.

Mogę o czymś dobrym napisać? Cały czas wychodzę do ludzi, uśmiecham się, jest zajebiście. Wracam – widzę sam siebie. Wiem, że większość ludzi udaje. I teraz na dodatek wiem, że faktycznie najważniejsze jest mieć tego kogoś wyjątkowego obok siebie. Właśnie ta druga osoba pozwala przeżyć wszystkie zjebane momenty, problemy prawdziwe i urojone. Teraz też widzę, jak on mnie wykorzystywał i wykorzystuje a ja na to pozwalam, mimo wielokrotnych interwencji innych znajomych. Tak, to choroba – nazywa się miłość.

Co dobrego – życie – bo po pierwsze jest, zdrowie – bo poza zdrowiem  psychicznym dobrze się czuję.

Podjąłem kolejne prace. Ponownie zapieprzam na kilku etatach, czasami zmęczenie jest tak duże, że doprowadziłbym do wypadku. Faktycznie co rok jestem starszy i to widać. Wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. Kilka nieprzespanych dób nie stanowiło problemu. Teraz półtorej doby bez snu i nie mogę do siebie dojść. Nie wiem, na co czekam. Na wielki krach. Tak jak w sytuacjach napięcia światowego to wojna przynosi rozwiązania, tak i ja czekam na taką małą moją własną wojnę. Oczywiście będą ofiary, każdy ze starcia wychodzi ze stratą. Potem zaczynają się programy naprawcze i jakaś szansa na poprawę.

I jak to jest?

Brak komentarzy

13 września – B.

07 października M.

Strata, depresja, wyrzuty sumienia.

Chciałby człowiek w tym wszystkim się odnaleźć, uspokoić, nabrać głęboko powietrza. Ale prawda jest taka: właśnie pada deszcz ze śniegiem a mamy początek października. Od wielu już tygodni jestem w zasadzie sam. Nie ma już tych rozmów, spotkań, śmiechu. Wszystko się rozpieprza powoli. Faktycznie w zasadzie wyprowadził się. Widzimy się raz, dwa razy w tygodniu i to też bez polotu. Nie tak dawno walczyłem o więcej wolnego, zrezygnowałem z wszystkich dodatkowych zajęć, żeby mieć wolny czas do spędzania razem. Teraz w drugą stronę – ponownie zaczynam kolejną pracę, jeszcze mniej czasu. Znajomość umrze w sposób naturalny, mimo jego zapewnień, jaki to ja mu bliski jestem. Pozostanie tylko chorobliwa miłość, moja do niego. Ta nie będzie chciała wykitować w tym samym czasie, co kopyta wyciągnie znajomość.

Termin przydatności do spożycia każdego z nas kończy się nieuchronnie. Więc kiedy nadejdzie to „lepsze”? Kiedy spodziewać się powrotu radości, beztroski choćby pojedyńczych dni, chwil.

Mnie nie ma na miejscu-daleka wycieczka. Właśnie się wyprowadza. Nie byliśmy parą, ale chociaż miałem jego ciepło ranem w łóżku,  jego ubrania rozrzucone w całym domu. Ale też jego uśmiech,  kiedy wieczorem wracałem z koszmarnego dnia w pracy i gotową kolacje, drapanie po plecach, film do późnych godzin. Był na miejscu. Teraz-niestety nie będzie już czasu, nie będzie chęci.  Obaj o tym wiemy. I pewnie jednak pojawi się kobieta ma stałe.  Dobrze, że dzisiaj wypiłem więcej wina do kolacji, jakoś zasnę. Dobre jedzenie, dobre miejsce i odebrałem telefon-właśnie zabieram resztę rzeczy. Apetyt minął a następne dni daleko od kraju spowodują tylko narastające przygnębienie i niechęć,  brak radości z długo planowanego urlopu w niesamowitym miejscu.

Każdy dzień to niby wciąż to samo. Te same twarze, słowa, minuty. Ale każda sekunda jest inna. Często mam wrażenie, że już dalej nie uda mi się grać w tym teatrzyku cieni, jednak za chwilę odnajduję siły. Kochać bez bycia kochanym, tak w ukrycin, do tego też się już przyzwyczaiłem. Są lepsze i gorsze dni. Wciąż wyczekuję tych wyłącznie dobrych, niesamowitych.

Niek.

2 komentarzy

Odszedłeś tuż przed 17:00. Razem z Tobą część mnie, mojego istnienia, bo Twojego istnienia już zabrakło. Już nie potrafię płakać, zabrakło mi łez.

Kiedyś sie spotkamy, połączeni w sny…

Odszedł przyjaciel, ja zostałem, coraz mniej mnie jest.

9:15

Brak komentarzy

Dziewiąta piętnaście, trzeci luty dwa tysiące ósmego roku – przepraszam, to tak dawno temu, że pomyliły mi się dni, zapomniałem. Jak zrobi się cieplej posadzę obok róże.

Bardzo tęsknię. Inni też już odeszli. Ale czekajcie na mnie, spotkamy się połączeni w sny.

Zawsze słuchaliście. Teraz ja nasłuchuję ciszy, która wkrada się z każdą następnym dniem. I słowa płyną wolniej. I tylko kiedyś wiedziałem co to szczęście i tylko dzięki wam potrafiłem odnaleźć chwilę spokoju.

Nigdy nie zdołam się odwdzięczyć, nigdy – bo ani Ciebie, ani Jej, ani wielu innych już nie ma.

DB.

Brak komentarzy

bezie wiecej.

Żeby nie było. Trochę się poprawił nastrój po poprawie pogody. Kilka dni wolnego też było. Kilka dni mocno zapchanych pracą również. I było też kilka dni praktycznie bajkowych, niesamowitych. Kilka dni kiedy myślałem, że chyba właśnie szczęście przypadkowo pomyliło swoją drogę i stanęło na mojej. Jak zwykle – zbyt wiele dobrego. A jak się kończy dobre? Jak zwykle, musi się coś spierdolić, żeby sprowadzić mnie na ziemię. Już jestem, wróciłem, twardo po niej stąpam. A takie tylko tam… zakochał się.

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Śnieg.

Brak komentarzy

A już myślałem, że będzie cieplej. Nie chce mi się pracować, wszystko ograniczam do minimum, skutki finansowe zaraz będą doskwierać. Sporo się działo. Ale ja wciąż czekam na słońce. Bardzo tego potrzebuję.

Ostatnio mniej uczuć jest, przynajmniej z jego strony. Coś się dzieje, wiem tylko o kilku sprawach. Bez przytulania, ust na moim policzku.

Gdzie ta wiosna?

*

Brak komentarzy

Butelka zaraz będzie pusta.

Ostatnio to faktycznie nic, tylko strzelić sobie w łeb. Przez kilka dni jest dobrze, pod warunkiem, że widzimy się codziennie, albo przynajmniej dzwoni. Dzisiaj cisza.

Ale po kilku dniach zaczyna się mały koszmarek. To chujowe uczucie, że nic z tego. I obejmuje cię w łóżku, jak się czasem zdarzy razem spać. I się przytula. I drapie po plecach. I miśkuje i bawi słowami. To wszystko też przy naszych znajomych, co wprowadza ich w konsternację, ale on to robi celowo. A potem nagle jakaś luźna rozmowa i coś o homoseksualistach. I wtedy jedna wypowiedź: nie lubi gejów. To w zasadzie delikatnie powiedziane.

A ja przez jeden – cztery dni kiedy nie ma kontaktu nie umiem się pozbierać, mam problemy ze spaniem, chodzę wkurwiony. Chwilami jak jesteśmy razem, złość rośnie, przelewa się przez głowę. I pyta, co się dzieje: nic kurwa, nic się nie dzieje.

Ja tak już od prawie półtora roku. W pewnym momencie nasza znajomość „weszła na inny level” – tak mówi. Faktycznie, kiedyś to jeszcze zachowywanie jakichś tam pozorów i manier – jak przy spotkaniach z kimkolwiek na ulicy. Teraz jest więcej, intensywniej. Teraz siedzimy i można położyć nogi na kolanach bez pytania, kopnąć w tyłek czy nagle przytulić, powiedzieć „ale pojebany jesteś” i wiele, wiele innych.

Od długiego czasu nie piszę o niczym innym. Nawet starzy znajomi przestali się do mnie odzywać. Dwie osoby z dawnego kręgu wiedzą o mnie. Spotkałem je po roku. Najpierw nie wierzyli mi, że jestem w takiej sytuacji, że ja już nie potrafię funkcjonować bez niego. Ale kiedy w wakacje było między nami tarcie, te dwie osoby mnie widziały. Teraz już nikt nie neguje, że wciąż żyję właśnie przez niego. Wtedy kilka dni, złych, bez niego. A ja wyglądałem jak wrak. Moje małe zwycięstwo, wreszcie inni się przekonali, że nie pierdoliłem głupot twierdząc, że nie umiem się już uwolnić. Cholernie gorzkie zwycięstwo. Ale nawet ja sam nie mam pomysłu, jak dalej żyć, co zrobić i jak postępować. Przecież nawet chciałem się zakochać w kimś innym. Nawet się spotykałem, całowałem, noc w hotelu, seks. Ale tamten też przegrał. Wciąż wszystko i wszystkich porównuję właśnie z nim. W takich porównaniach zawsze inny przegra. Pierdolenie, że trzeba i można inaczej – ja już w to nie wierzę.

Wiem o nim bardzo dużo. Wiem jak potrafi się zachować, jak potrafi wkurwiać innych ludzi. Wiem, jak potrafi być agresywny, wulgarny. Wiem, jak pachnie po dwóch dniach bez prysznica, wiem, jakich kosmetyków używa i jaki ma rozmiar buta. Wiem tyle złych rzeczy a mimo to wiem, że nikogo nie umiem kochać bardziej.

Gdybym mu powiedział o sobie, niczego to nie rozwiąże. Próbowałem wielokrotnie zerwać kontakt, wytrzymałem najdłużej tydzień, on wtedy strzelił focha i nie zadzwonił pierwszy. Gdybym mu powiedział, że jestem gejem, musiałbym mu powiedzieć, że go kocham. On nie jest gejem. Więc ostatecznie bez względu na to, jak by zareagował, nie rozwiązuje to mojego problemu.

Spróbuję zasnąć. Jak się nie uda, to spróbuję zasnąć jutro a jak już wtedy też się nie uda – znowu zacznę pić.

Formalnie dno. Czasem to faktycznie tylko sobie w łeb pierdolnac, ale to moze w nocy.

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Alkohol.

Brak komentarzy

http://img2.demotywatoryfb.pl/uploads/201301/1359169073_z0blao_600.jpg

 

Jeśli to prawda, to jak mam opisać to, co się stało ostatnio?

On zaskakuje mnie w każdej chwili. Niepełne trzy doby spędzone razem. I nie byliśmy sami. Pocałował mnie – ssał dolną wargę, czułem jego ślinę. Przytulił mocno do gorącej skóry swojego ciała, objął udem, czułem oddech na karku. Wodził palcami między włosami mówiąc „przytul mnie”. Czy alkohol tłumaczy wszystko? To właśnie jego tłumaczenie. Za każdym razem jestem bardziej rozbity, zdezorientowany.

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Raport.

Brak komentarzy

Stał się 2013 – kiepsko się zaczął dla kilku osób.

Moje potem…

***

Brak komentarzy

Doskonale opisuje moją sytuację. Dzisiaj w drodze do pracy pierwszy raz posłuchałem słów tej piosenki.

 

:) :(

Brak komentarzy

To takie banalne. Kiedy go widzę, skaczę do góry z radości. Każdy problem traci na znaczeniu, radzę sobie ze wszystkim. Ale wystarczy jeden wieczór kiedy nawet nie ma sms a ja rozpadam się na milion części.

Ciężar jego ręki leżącej na moim karku, głowa na moim brzuchu. Tego nie da się zastąpić. Bez tego – nawet leki nie pomogą.

Pozwalam mu na bardzo dużo, co wywołuje zdziwienie innych ludzi. Pocałunek w policzek stojąc w korku, ręka na moim udzie i śmiech „kochasz mnie misiu?” A później już tylko „ale seksu nie będzie, bo nie jestem z tych, nie jestem pedałem”.  A przy jednej z okazji było znacznie więcej, i trochę inne wyznania. Moje zmieszanie, rozczarowanie, niedowierzanie. Jak on to robi?

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Zaskakujący wieczór. Dzień wcześniej również przyniósł niespodziewane zdarzenia. Plany zupełnie inne, jednak wszystko przebiegło swoim torem, chyba z góry ustalonym w trakcie pokonywania kilometrów. Ale później… Niespodzianka, bardzo miła. Faktycznie nic nie podejrzewałem. Alkohol, zabawa. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tyle czasu spędziłem na parkiecie. Ponownie alkohol, który w dobrym towarzystwie zawsze lepiej smakuje i daje lepsze rezultaty. Mocno pilnowałem, żeby wypita ilość w moim wypadku nie poszła w kiepską jakość. Wciąż trzeźwo myślący biłem się z myślami. Wciąż nie wiem, czy słowa wypowiadane przez człowieka będącego „pod wpływem” mają jakieś znaczenie, podobnie jak czyny. Jego słowa, całe zdania, pierwszy raz jego usta na moich – cieszyły, ale i wkurwiały. Przecież on nie jest taki, jak ja. Mimo to było bardzo przyjemnie. Później ponownie wiele godzin spędzonych razem. Najpierw noga na mojej, później już cały ciężar – znaczny, na moim – nikłym.

Gdzie w tym wszystkim jest sens, skoro wiem, co i z  kim ostatnio robił. Kim ja  w tym jestem, co znaczę?

I po raz kolejny obcy ludzie, dopiero co zapoznani pytają, czy jesteśmy parą, bo jeśli tak – to chyba bardzo nam ze sobą dobrze i „jesteście zajebiści”.

A kiedy to wszystko już się skończy, co mi pozostanie poza alkoholem, bólem i lekami?

Strachy.

1 komentarz

Już czuję alkohol rozlewający się po całym ciele, płynący z krwią do mózgu, dający pierwsze efekty.

Ponownie ten dzień. Jechałem nad wodą, miałem ochotę spierdolić się w kilkumetrowej głębokości odmęt. Zakończyć to. A było tylko niecałe dwa metry… Teraz piję, jak zwykle w samotności, wkrótce stanie się to już nałogiem.

Sukcesy w pracy – nie cieszą.

Wciąż za mało alkoholu. Nie zasnę bez tego. Na dyżurach narzekam na zbyt dużą ilość pracy, ale to właśnie ona mnie ratuje. Tam nie mogę pić.

Jak pójdę zrobić badania profilaktyczne, będę się musiał jakoś z tego tłumaczyć. Wysoka aktywność aminotransferaz… albo kogoś podstawię.

Jestem zajebisty! Szkoda, że kurwa ciągle… a w pizdu. Opróżniamy butelkę. Będzie zajebiście, i zasnę. Jutro powtórka, tylko, że cały dzień.

 

Kariera to piękna rzecz … ale nie możesz się do niej przytulić w zimną noc.

brr

2 komentarzy

Pisanie tutaj mocno się skomplikowało, chyba trzeba uciekać.

Każdy dzień jest niespodzianka, najczęściej przykra. Nie wiem, jak sie pozbierać. Codzienne powtarzanie sobie, ze jest dobrze, ze będzie dobrze, nie działa. Wszystko toczy sie własnym rytmem, ja przyglądam sie z boku, albo daje sie nieść z nurtem zdarzeń. Wyczerpalem wszystkie mechanizmy obronne. Kto widział mnie wcześniej a spotyka teraz, pyta, co sie stało. Nie znam odpowiedzi. Stało sie bardzo wiele. Nawet jak juz jestem gotowy na rozmowę z kimś, wszystko traci na znaczeniu. Wcześniej przygotowane słowa, zdania do wypowiedzenia tracą na znaczeniu i dostrzegam, ze jednak nie warto nic mówić. Jak to ostatnio usłyszałem: „zamykasz sie w skorupie i juz nikt jej nie potrafi przebić. Zostajesz sam”. Wiem, zawsze byłem sam, tylko teraz juz sobie z tym nie radzę. 

***

Brak komentarzy

Już czwarty dzień z rzędu żeby zasnąć, muszę się najebać. Dzisiaj piwo i wódka. A nawet jak zasnę, to budzę się kilka razy w nocy w poprzek łóżka. Wciąż czekam na ten charakterystyczny dzwonek w telefonie, patrzę na zegarek i nic. Cisza.

I kiedy jestem na moście, mam ochotę spierdolić się kilkadziesiąt metrów w ciemną wodę. Moim samochodem z pewnością staranowałbym barierkę.
- I’m not quite sure what I am.
- It’s all right, don’t be frightened, all you have to do is die.

I tylko tyle pozostało. Przed oczami jeszcze całe bagno.

Prawie.

Brak komentarzy

Siedzę i ciągle gram:

Prawie powiedziałem, dzisiaj. Wyniknęła bardzo niezręczna sytuacja a potem zapadła cisza. I tyle przy tym „prawie” się zjebało. Nie umiem o tym teraz myśleć. Kurwa, nic nie idzie tak, jak powinno. Skok z mostu.

Potem…

Fuckin’ !

1 komentarz

Zajebiście ciężkie decyzje do podjęcia już w ciągu najbliższych dwóch dni.

Yeah! Jednak mam depresję, ale nie można jej leczyć standardowymi lekami, ponieważ okazuje się, że mam jeszcze jedno zaburzenie, które może zostać przez leki nasilone! A kurwa psychoterapię to sobie w dupę wsadźcie! – drodzy koledzy psychiatrzy. Zawsze mogę sam poeksperymentować z lekami.
Potrzebuję z nim porozmawiać. Właśnie przypadkiem jest okazja, ale on mnie unika, chociaż wie, że źle się dzieje i że chcę rozmawiać, coś powiedzieć. Albo się boi albo ma mnie w dupie. Cudownie!
Właśnie chciałbym przypierdolić prosto w słońce, spłonąć, przestać istnieć  w tym całym świecie. Ale kurwa zanim coś zrobię, jeszcze kilkanaście godzin muszę wytrzymać. 

Kilka rocznic – zawodowa, jeżdżenia samochodem po wsi, znajomości anatomii.



Wszystko w życiu ma swój początek, koniec. Pierwszy – zwykle przypadkowy a koniec – różnie bywa. Z pewnością w obu tych momentach, o ile zdajemy sobie z nich sprawę, jesteśmy podekscytowani, zirytowani, cieszymy się, żałujemy, krzyczymy. A między tymi dwoma punktami jest niezliczona ilość oddechów.

Patrzę z pewnej wysokości na budynki otaczające mnie, czubki drzew. Jest zimna zielona herbata, papieros.

Z pewnej wysokości patrzę na moje życie, na dzisiejszy dzień. Dziś miało miejsce najprawdopodobniej jedno z ostatnich naszych spotkań. Będziemy widywać się w pracy, ale to już nie to samo. Teraz – wspaniały dzień, jeszcze lepiej, kiedy spędzamy ze sobą kilka dób z rzędu, kilkadziesiąt godzin. Teraz – słońce, zapach kwitnących akacji mieszający się z zapachem jego perfum. Godziny wygrzewania się na słońcu, brązowa skóra. Jego ręka na moim udzie – nie pierwszy raz. Wspólna, jak zawsze butelka, krople śliny trafiające w moją twarz, kiedy wybucha śmiechem mając usta pełne wody. I wiele godzin spędzonych razem w samochodzie, rozmowy, fałszowanie przy najlepszych piosenkach, mój papieros, czy twój? Nie ma znaczenia. I mój spokój i uśmiech na twarzy. I napuchnięte oczy -  czemu? A tak jakoś, cieszę się, że cię widzę. I pytania o przyszłość i odpowiedź. Więc to, to i tamto a potem jestem ponownie u ciebie i… i robimy to co zwykle. Ale ty jeszcze nie wiesz, że mnie już nie będzie (tak sobie cicho myślę).

Właśnie się uśmiecham, w tej samej chwili płyną po brodzie łzy. Cieszę się, że znalazł swoje szczęście. Tylko ty suko jedna, masz być dla niego dobra – takie życzenia złożyłbym na ich ślubie (ale nie przyjdę). A łzy – bo czas najwyższy, kładąc się spać, zacząć marzyć o końcu naszej znajomości.

I o kurwa ja naprawdę nie rozumiem jego zachowania wobec mojej osoby. Dotyk, słowa, gesty – niejedna osoba stwierdziła już, że świetna z nas para, na co zawsze wybuchaliśmy śmiechem, ja udawanym.

Kiedy zobaczyłem cię pierwszy raz, byłem wkurwiony, miałem ochotę rozpierdolić twoją twarz o ścianę, zetrzeć z tego ryja uśmiech. Potem tak powoli się mijaliśmy. Potem ja cię pokochałem. Pokochałem faceta, który stał się przyjacielem. Dzwonię o czwartej nad ranem mówiąc, że mam do zakopania zwłoki, pomożesz? „za pół godziny jestem,  przywiozę swoją łopatę”. Tylko nie umiem być z tobą szczery. Widziałem też twoje kiepskie momenty. Były momenty, kiedy rozczarowałeś, nie idealizuję cię. Ale to wszystko czyni cię tylko bardziej realnym, zwłaszcza, że nigdy nie zostały jakieś przemilczane kwestie, wszystko wyjaśnione. Poza tą jedną…

Teraz trzeba organizować swoje życie od nowa. A w zasadzie zatrzymać się na chwilę w tym momencie. Zaczekać, co przyniesie czas. Nie wiem, ile jeszcze go mam, oby dużo.

Właśnie zaczyna mocniej wiać, przydałaby się bluza. Najlepiej ta twoja, ciemna, dużo za duża na mnie ale cholernie wygodna i ciepła. Może kiedyś zdobędę się na odwagę i wszystko ci opowiem. Opowiem o tym, co znaczyła noga leżąca na mojej pod kocem, przytulanie mnie, jedzenie w restauracji z jednego talerza jednym widelcem trzymanym przez ciągle tę samą rękę i wiele innych.



- Wolny?

- Siedzę w domu.
- To zabieram cię do kina.
- Na co?
- Zobaczysz.
Dziwnie to wyglądało. Same pary i my, na „Titanic”, wspólna kanapa. Na koniec głośno śpiewane „My heart will go on” – ja byłem cicho.
Bardzo dziwnie to wyglądało.
Ale ostatnio zmienia się. Wiele spędzonych razem godzin, najczęściej tylko we własnym towarzystwie, wygrzewanie się. Świetna impreza trwająca w zasadzie przez tydzień. Nieprzespane noce, dosypianie w wolnych chwilach, wspólny ręcznik pod prysznicem, spodnie, kieliszek i widelec, wspólny talerz w restauracji. I moja świadomość i wiedza – nie wolno mi, nie mogę, nie ma szansy. Stąd zmiana mojego zachowania.
Wiem, że w pracy już gadają. Jeden potrafi się nawet bezczelnie zapytać, co to w końcu jest.
- Niedźwiedź, co się dzieje? Od tygodnia coś się pierdoli i nie wiem, jak ci pomóc, powiedz coś.
Milczałem, wyszedłem, chciałem krzyczeć. 
- Byku, nie martw się. A co w ogóle znowu spierdoliłeś? Damy radę. 
Zmienia się też moje zachowanie. Nie pozwalam się przytulać, nie pozwalam na słowa, które mają dla mnie zupełnie inne znaczenie, inny wymiar. Tego nie dało się przegapić. I ponownie nie odpowiedziałem na pytanie, co się dziej. Tego dystansu, który buduję, nie da się nie zauważyć –  ”Co to kurwa jest” – nie odpowiedziałem. Nie umiem wydobyć z siebie prawdy.
Przypadkowe spotkania znajomych i ich reakcja i słowa „osobno was nie  można spotkać”.
I wystarczą dwie doby bez kontaktu, żeby był telefon, koniecznie spotkanie. Jak długo jeszcze? Tak długo, aż nie strzelę się sam w pysk, aż nie wykrzyczę „przepraszam, spierdalaj”. Nie wiem, czy tak by zrezygnował. Pewnie byłaby jeszcze próba kontaktu. Póki co, ja nie mam na to odwagi, siły. Nie można się pozbywać ze swojego życia jedynego człowieka, który wnosi w nie uśmiech, który sprawia, że drzewa są naprawdę zielone a słońce świeci przez chmury. 
Faktycznie, wciąż jestem zirytowany, wkurwiony, często nieobecny myślami. 
Oddałbym 10 lat życia, za chociaż 5 spędzonych razem.
Dzisiaj trzy minusy. Każdy puszczam w niepamięć.

***

Brak komentarzy

I became so numb.

*

1 komentarz


http://demotywatory.pl/3767576/Piecioletni-chlopiec-zapytal-swojego

***

1 komentarz

12:50 życie rozpadło się, potłuczone fragmenty poszybowały daleko i tych już nie uda się pozbierać i skleić w jedną całość.

Popłynęły łzy zanim na zawsze zamknęła oczy.



—-
Niektórzy twierdzą, że Boga nie ma. On jest, ale my już go nie interesujemy.

Moll.

1 komentarz

B. umiera. Zaledwie kilkadziesiąt godzin od rozpoznania, choroba postępuje z dnia na dzień. Nie mam siły jechać do domu. Boję się odbierać telefon. Nikt nie ma odwagi spojrzeć jej w oczy i powiedzieć prawdy, chociaż ona się domyśla. Wszyscy patrzą na mnie a tu nic nie da się zrobić. Pogrzeb jeszcze przed świętami? Jakie święta…

W pracy taka chujnia, jakiej jeszcze nie było. Jest tak źle, że niektórzy potrafią wziąć lewe zwolnienie, żeby chwilę od tego odpocząć. Ja ledwo myślę, boję się, że mogę komuś zaszkodzić a tu i tak jeszcze w chuj dyżurów.
Nowy sprzęt uszkodzony.
Mięśnie, stawy, kości napierdalają z niesamowitą intensywnością. Budzę się kilka godzin wcześniej, zaburzenia snu. Somatyzacja, leki przeciwbólowe nie pomagają. Trzęsę się z zimna, chociaż jest ciepło w mieszkaniu. 
Człowiek, którego kocham i który jest w zasadzie na każde moje zawołanie też jest już chyba u kresu wytrzymałości. Widzi mnie, widzi, co się dzieje, pyta a ja, tak jak dzisiaj odpowiadam, że nic i odwracam się plecami i odchodzę, chociaż spotkaliśmy się zaledwie dwie minuty wcześniej. Nic o mnie nie wie. 
Widziałem się ze znajomą. Chwilę porozmawialiśmy, ona wie, co się dzieje, widzi, co się dzieje ze mną. Stwierdziła, że powinienem zacząć brać leki, od razu w wysokich dawkach i zero alkoholu. Nawet chciała receptę wypisać. Odmówiłem. 
I jeszcze przeczytałem artykuł, zupełnie przypadkowo otworzona prasa medyczna. Po 4 latach trwania nieleczonej depresji gwałtownie rośnie ryzyko samobójstwa. 
Wktórce egzamin. Nie mam szansy na uczenie się, nie dam rady, uwalę. 
Zaraz zwymiotuję.

The end.

1 komentarz

Stało się, co miało stać.



Tak zacząłem dzień:




http://youtu.be/3FniHgiyaTY

I tak intensywny był minony tydzień. Tyle spotkań, poduszki, wódka, rozmowa. I nie, nie jest tak, że siedziałem w domu i użalałem się nad sobą. W zasadzie jeszcze nie udało mi się odespać tych praktycznie wszystkich zarwanych nocy.

Ale dzisiaj jest tak – gdybym pierdolnął prosto w drzewo – jest zajebiście ślisko – w ogóle by mnie to nie wzruszyło.
Pierwszy raz przyszło mi to do głowy, ja chyba już po prostu nie chcę żyć…

***

2 komentarzy

Było zajebiście, tyle szczęścia i radości… i nawet nie mam się z kim tym podzielić…   (to chyba gorsze, niż siedzenie samemu ze swoimi problemami).

*

2 komentarzy

Samotność – Gdy już nawet nie ma za kim tęsknić

It all ends.

1 komentarz

Weekend miał być zajebisty, być może jeszcze lepszy od poprzedniego. I wszystko tak się zaczęło. W pewnym momencie jednak coś mnie pierdolnęło i stwierdziłem, że muszę to zmienić. Wybrałem zajebiście kiepski moment, bo pokazałem, jakim potrafię być skurwielem. Być może właśnie straciłem jedynego człowieka, który wiedząc o mnie wciąż byłby moim przyjacielem. 

Nie jestem z tego dumny. Z pewnością nie jestem szczęśliwy. Niczym na największym kacu kładę się spać. Ale ja już tak nie potrafię. Nie uda się wyeliminować kontaktów zawodowych, ale tu też zmienię pozycję, będę syczał i opierdalał i kurwami i chujami rzucał przy każdej możliwej okazji. Kiedy umarł A. zajęło mi prawie dwa lata uspokojenie myśli, łez. Teraz płaczę tylko czasami, kiedy pomyślę, że go już nie ma. W tym wypadku pewnie będę potrzebował też tyle czasu, żeby opanować gniew i nienawiść do siebie samego za to, co zrobiłem. 
Ręce są jak z ołowiu. Nie wiem, czy będę miał aż tyle czasu, żeby się przekonać, czy podjąłem dobrą decyzję. Zasypianie będzie teraz zajebiście trudne. Kupiłem papierosa elektronicznego, nawet nie uruchomiłem. Coraz więcej palę, coraz częściej mam kaszel, będę palił tylko więcej. W uszach mi dzwoni, łzy zapierdalają po policzkach. 
Gdzieś głęboko moja podświadomość już dawno zrobiła to, czego dokonałem wczoraj i dzisiaj. Rodziny nie będę odwiedzał, nie chcę mojej wściekłości na nich wyładowywać. A i oczekiwany wyjazd koło chuja mi lata, chociaż tak wcześniej cieszył. 
Chociaż nigdy tego nie przeczytasz, ani nigdy ci tego nie powiem prosto w oczy – przepraszam. 

03/10/2011

1 komentarz

No, trochę sobie nawkręcałem. Ale było zajebiście :) Aż się dzisiaj płakać chce, jak pomyślę, że to przypadek i przeszłość, że nigdy nie stanie się to realnym dniem codziennym. Ale nigdy nie spodziewałem się, że tak wszystko się potoczy… I jak dotychczas miałem rację, to zajebisty człowiek :) I mimo mojego bólu czekam na dzień, w którym on powie, że jest szczęśliwy, że znalazł tę, która jest jego radością, że w pracy jest już spokojnie i dobrze, że wkrótce zostanie ojcem i jest z tego dumny. I właśnie wtedy, przy moich łzach wielkości grochu, będę się śmiał i cieszył. Bo dobrych ludzi powinny spotykać tylko dobre rzeczy. 

A dzięki niemu ja też jestem lepszym człowiekiem. Kiedy w pracy zapierdol i piekło, wystarczy przeczytać sms od niego, przypomnieć sobie te świdrujące oczy, ten zajebisty szeroki uśmiech, słowa „jesteś zajebisty”… i już mogę pracować i mam mniejszą chęć zajebać petentów ;)
Życie, uwierzcie – najwspanialsze co mamy. A doczekać starości – to prawdziwy przywilej. Zawsze powtarzam to pacjentom.
Dobranoc. Moja noc może być intensywnie przepracowana.

Nie zapomnę tych dwóch dni. Żeby to mogło być codziennością…

Podobno disco polo to obciach. Ale ja znam te piosenki i lubię też ten obciach:
http://youtu.be/GqGbYdJIDfk

Nie każdemu musi się podobać ;)

…moje potem…

Uninvited.

1 komentarz

Czasami oglądam lekkie filmy. Komedie, jakieś romantyczne itd. Jednym z moich ulubionych jest „City of Angels”. Świetny z zarąbistą muzyką. Jest tam piosenka Alanis Morissette „Uninvited”, lubię też Goo Goo Dolls „Iris”.

Próbowałem zmian, niewiele dały. Oszukiwałem się, że go nie potrzebuję, że jest mi obojętny, że nie potrzebuję go widzieć. Teraz oszukuję się z pełną świadomością, bo przecież wystarczy, że zobaczę jego samochód, wystarczy sms, spotkanie w pracy, dosłownie kilkanaście sekund, uścisk dłoni, jego uśmiech. Uwolnić się od niego – nierealne. Któryś z nas musiałby umrzeć, zapaść się pod ziemię, zniknąć. Ale ja i tak czekałbym na jakąkolwiek wiadomość. Tyle znaków, gestów, które tłumaczyłem sobie, że są niejednoznaczne, że może on jednak jest ‚inny’, tak jak ja. To tylko życzenia, mojego szczęścia. Wszystko co widziałem, co robił starałem się dopasować do moich potrzeb. Mimo iż wiem, że to tylko moja wyobraźnia, nie umiem, nie chcę pozbyć się tych złudzeń. Wszystkie wady, „chuje, kurwy” skierowane w moją stronę, każde „posiedź jeszcze” (kiedy raz na pół roku pracujemy razem), to wszystko sprawia, że jeszcze funkcjonuję. Pozbawiony tego znikam, rozpływam się w całym zamieszaniu każdego dnia osobno. 
Ostatnio błyszczę w pracy, daje to napęd na kilka kolejnych godzin. Później tylko moje własne myśli. Tak bardzo go kocham. Tak bardzo chciałbym wrócić do domu i pełnym uśmiechem powiedzieć „zrobiłem dzisiaj zabieg, po raz pierwszy, udało się!”. 
Nigdy nie spotkam takiego faceta, geja. 

Dreams.

3 komentarzy

Jest taki moment. Kładziesz się spać, jeszcze resztką zmysłów ogarniasz świat rzeczywisty, jakaś część umysłu jest już po drugiej stronie. Dziwne rzeczy mogą się wtedy dziać. Ostatnio mnie to spotkało. Położyłem się spać. Jeszcze wiedziałem, że właśnie zasypiam, ale mój umysł już zaczął pracować w innym świecie. Widziałem zmarłych z mojej rodziny. Najpierw on, który umarł na moich rękach. Miał spokojną, zadowoloną minę, wyglądał młodziej. Później ona, tak samo stara, jak w dniu, kiedy umarła, jak w dniu, kiedy zawiodłem. Patrzyli na mnie, tak jakby czekali na mnie , jakby chcieli, żebym już do nich przyszedł.  Poderwałem się na łóżku i łzy leciały po policzkach.

Próbuję wprowadzić kilka chociaż kosmetycznych zmian w moim życiu. Jakoś to nie wychodzi. Unikam kontaktu z nim. Zajebiście trudne i niesamowicie boli. W ogóle niczego to nie ułatwia.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak trudno jest dzisiaj znaleźć pracę. Niby nie małe miasto, niby młodzi ludzie – brat i jego żona. Młoda kobieta – pierwsze pytanie „czy ma dzieci”. No jeszcze nie. Acha, to odezwiemy się do pani. A wcześniej wszystko potencjalnemu pracodawcy pasowało. Próbuję jakoś im pomóc, bezskutecznie.
…moje potem…

Korekty.

1 komentarz

…moje wcześniej…


Sharpkid, dziękuję za słowa otuchy. Prawda jest troszkę inna. Żaden lekarz nie powinien leczyć siebie samego. Niestety ani psychoterapia ani psychiatria mi nie pomogą. Nie mam zaburzeń, które mogłyby leczyć. Być może zbliżam się do jakiej depresji. Ale prawdą jest też, że sam fakt uświadomienia sobie istoty problemu ani nie czyni go łatwiejszym, ani nie pozwala mi go rozwiązać, ani nie stawia mnie w sytuacji, kiedy moje życie znalazłoby się w nowym punkcie, który pozwoliłby mi na rozwinięcie przyszłości.

Faktycznie, potrafię kochać. Do tej pory było kilka zauroczeń, ale nigdy nie był to taki stosunek do człowieka, kiedy mógłbym z pełną świadomością powiedzieć „umierasz, oddam ci moją nerkę jeśli uda się to wywalczyć w sądzie, i wiem, ile ryzykuję przy tym własnym życiem”. Znam tego człowieka już kilka lat, dopiero po długim czasie, w najmniej spodziewanym momencie zauważyłem, że go kocham. Kiedyś miałem nauczycielkę, opowiadała mi o tym, jak poznała męża. Facet wyglądał bardzo przeciętnie, ona niesamowicie zjawiskowa blondynka. Opowiadała o tym, jak miała wielu partnerów. Na jednej imprezie zobaczyła ponownie tego samego mężczyznę, który niczym się nie wyróżniał, grzecznościowo zamienili kilka słów, później już kilka zdań a po tym nagle otworzyła oczy stwierdzając, że chce z nim spędzić życie. W przypadku mojego niefortunnego ulokowania uczuć było podobnie. Najpierw mnie wkurwił, zjebałem jak psa przy innych. Później mnie denerwował. Później stał za moimi plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak wiele razy wcześniej, ten sam uśmiech i te same oczy. Tym razem widziałem je już inaczej. Dopiero rok później zmienił się też charakter naszych stosunków. Kilkakrotnie spędzone razem w pracy święta, wiele ekstremalnych sytuacji, wspólnie wypity alkohol – to już nigdy nie spłynęło po mnie, jak woda po kaczce. Większego błędu nie mogłem popełnić. 
Ostatnio moja znajoma zauważyła, czemu tak się stało. Powiedziałem jej, że jest on jedyną osobą, o której mogę powiedzieć, że jest „dobrym człowiekiem”. Wytłumaczyłem jej, o co mi chodzi. Była zaskoczona, że do tej pory nie spotkałem nikogo takiego. Więc może ja mam pecha do ludzi, z pewnością do gejów, bo o żadnym nie mogę powiedzieć „dobry człowiek”.

Każdy pojedyńczy dzień to zmaganie się z samym sobą. Jeszcze jakoś daję radę, można wiele znieść. Ale nigdy nie wiem, co będzie za kolejnym zakrętem. Może drzewo nagle tam jakieś wyrośnie a ja nie zdołam wejść w ten zakręt.

Wiem, że wszystko, co tu piszę buduje czytającym moje wyobrażenie. Smutny, przygnębiony, pesymista. A uwierzycie, że kiedy go spotykam to śmieję się od ucha do ucha? Nagle jestem zajebiście towarzyski, rozmowny, z uwagą i zainteresowaniem słucham nawet najgłupszych wypowiedzi. Jestem zupełnie innym człowiekiem. Ludzie, którzy wtedy z nami przebywają pytają, skąd mam tyle energii i siły do ciągłej zabawy. Zwłaszcza jak jestem po 5 dobach ciągiem, gdzie spałem może kilkanaście godzin łącznie a ja wciąż mam siłę na kolejne wyzwania, na kolejne wyjście na parkiet. To tylko jeden człowiek. 

Kiedyś miałem w rodzinie jedną taką osobę, której bezgranicznie ufałem i kochałem, trochę to inny wymiar miłości, przy której ja czułem się akceptowany i kochany. Umierał długo i bardzo ciężko. A ja parzyłem na jego śmierć, stwierdziłem zgon… razem z nim coś we mnie umarło. Minęło kilka lat. Niesamowicie wolno oswajałem się z jego śmiercią. Nie, nie zapomniałem. Tylko teraz już pozostało mi odwiedzanie grobu. Tylko tak raz w życiu rozstałem się z kim, rozstanie fizyczne musiało doprowadzić do pewnego przełamania w sferze umysłu i uczuć. W przypadku tego faceta, w którym źle ulokowałem uczucia, on nie umiera (mam nadzieję i życzę mu, żeby żył bardzo długo w pełnej sprawności), i tak będę go spotykał, chyba, że wyjechałbym chociaż do innego województwa. 

Jestem głupio beznadziejny i przynudzam. Nie czytajcie tego.

Call.

1 komentarz

And there was no call. So I’m sitting alone in my apartment, tears dropping. 

Groby.

4 komentarzy

Nie udawajmy, że jest super, skoro nie jest.

Co zrobić z człowiekiem, który nie ma ochoty już żyć? 
Somatyka – jest zdrowy, ale próbował popełnić samobójstwo. Są dwie możliwości. Może mieć depresję, może mieć problemy, które jakoś da się rozwiązać, chociaż jest to wątpliwe. Jest jeszcze jedna opcja. Może ma problemy, których nie uda się rozwiązać i najzwyczajniej w świecie, nie chce już żyć. Czy to wciąż depresja? Co zrobić z takim pacjentem? Przymusowa hospitalizacja? Nafaszerowanie lekami, które nie zmienią problemu, najwyżej poprawią odrobinę nastrój?
Takiego pacjenta trzeba zabrać do karetki, zawieźć do szpitala, co dalej – różnie bywa. Ja osobiście nienawidzę psychoterapii. Podobno uświadomienie sobie istoty problemu ma być pierwszym krokiem do jego rozwiązania. A co z problemami, któych nie uda się rozwiązać? W moim odczuciu psychoterapia podobnie jak i znaczna część psychiatrii to tylko złudzenia. Mam kilkoro znajomych psychiatrów. Jeszcze na studiach kilka osób było zdecydowanych na tę specjalizację. Nigdy nie rozmawiało mi się z nimi łatwo. Wciskali mi wciąż te same teorie, które ja uważam za pozbawione racji bytu. Może i są one prawdziwe, ale ich zastosowanie w realnym życiu jest mocno ograniczone i często nieskuteczne. Pscyhiatria dojdzie pewnego dnia do ściany. Zaburzenia, o których już dziś wiemy, że wynikają z dysproporcji receptorów i neuroprzekaźników dadzą się łatwiej leczyć. Wciąż pozostaną przypadłości, których podłoża nie da się wyjaśnić a leczenie wciąż będzie tylko przypominać drażnienie bladej skóry świeżymi pokrzywami. 
W takim momencie znajduję się właśnie ja. Wiem, co jest istotą mojego problemu, wiem, jakie mogłyby być teoretyczne rozwiązania, ale nie da się ich w żaden sposób wdrożyć. Dobiję do „point of no return”. Każdy dzień, każda chwila przybliża mnie do tego. Czy starczy mi odwagi do podjęcia jakichś ostatecznych decyzji, podjęcia odpowiednich kroków?
Podstawowy problem – środowisko, w którym żyję, pracuję. Kolejny – brak akceptacji własnej osoby i środowiska, do którego należę ze względu na orientację. Następny – nie wierzę w szczęście i możliwość trwałego związku wśród gejów. Teraz zajebiście niepopularna teoria – to, że wśród wielu gatunków pojawiają się zachowania homoseksualne, wcale nie musi oznaczać, że jest to faktyczną normą. Nie uważam również homoseksualizmu za chorobę, bo wtedy należałoby ją leczyć. Takich możliwości nie ma.  Obraz tego, jak głęboko czuję się nieszczęśliwym. Ostatnio spotkałem się ze znajomymi. Mają rację, moje opinie są w dużej mierze uwarunkowane studiowaniem w takim a nie innym miejscu, wychowywaniem się w takiej a nie innej rodzinie, pracy w takim a nie innym środowisku, posiadaniu takich a nie innych znajomych. Próbą rekompensaty jest niewłaściwe lokowanie uczuć. W człowieku, który nigdy nie będzie mógł mi zaoferować więcej, niż tylko uścisk dłoni na pożegnanie. Ostatnio jakoś nie mamy możliwości a może raczej on nie ma chęci na spotkanie się, rozmowę, odwiedzenie mnie. Wydaje mi się, że on coś przeczuwa. 
Robiłem dziś obiad. Dosłownie trzy ziemniaki latały po najmniejszym garnku, jaki mam. Zrobiłem pranie. Trochę wysiłku. I łzy. 
Czy pozwolę zabrać się do szpitala, kiedy on do mnie przyjedzie roześmiany?
Moje potem…

Masz wrażenie, że powiew wiatru zatrzymał się, nie płynie nigdzie dalej a powietrze można ciąć nożem na grube kawałki. Temperatura 30 stopni. A ja w pracy, bo nie mam co robić z życiem. A możnaby tak na pomoście, wejść do chłodnej wody, popływać na kajakach.

Nie umiem odmawiać ludziom. Zgadzam się na zbyt wiele, brak asertywności.

A On już kolejny ‚kwiatek’ wącha. Ja jestem na uboczu, jak zawsze. Fakty – przecież nie mam na co liczyć. Tak bardzo lubię patrzeć w te jego oczy. Chcę chociaż marzyć o nim, kiedy kładę się spać. W jakiejś tam przyszłości chciałbym powiedzieć mu prawdę, i powiedzieć jak bardzo chciałbym, żeby był szczęśliwy, żeby znalazł kobietę, która będzie go warta, żeby został moim przyjacielem…

Właśnie słucham:

Życie nie daje nam aż tak wiele. Jednak większość spraw pozostaje przemilczana.


  • RSS